Tablica ogłoszeniowa

SPAM pozostawiamy w zakładce "Dezerterzy". Z innych miejsc będzie usuwany.
~*~
Zapraszam do zapoznania się z zakładką "Akta", gdzie znajdziecie wszystkie części dotąd opublikowanych opowiadań, a także do zakładki "Mapy", gdzie odnajdziecie coś na temat miejsc, gdzie rozgrywa się akcja opowiadań.
~*~
Czytasz? Skomentuj! To naprawdę pomoże mnie i mojej pracy.

sobota, 17 października 2015

Za horyzontem 0.III


III
Poziom 0 – „Dozór”, lochy

          - Gdzie?
          - W ostatniej celi.
          - Kto tak zarządził?
          - Bucior, generale, z polecenia sądu i pana Domino.
          - Ts! Głupcy...
          - Przenieść ją, generale?
          - Nie, Domino to zawistny drań, dowie się.
          - Dlaczego właściwie pan o nią pyta, generale?
          - Bez powodu. Woda trzy razy dziennie, posiłki dwa, sprawdzę to.
          - Tak, generale Ferwor. Wszystko wedle rozkazu generała.


czwartek, 15 października 2015

Za horyzontem 0.II


II
Poziom II – „Urząd”, sąd

          - Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, co pani zrobiła?
         - Zabiłam Edena Afekt.
         - Przyznaje się pani do tego?
         - Tak, oczywiście.
         - Ma pani coś na swoją obronę?
         - Nie.
         - Według wywiadu jest pani osobą stateczną i odpowiedzialną, była pani także wzorem obywatela, sąsiada oraz żony. Coś musiało skłonić panią do takiego czynu...
         - Coś musiało.
         - Co takiego?
         - ...
         - Pani Sztil, czy rezygnuje pani z prawa do obrony?
         - ...
         - W związku z pani milczeniem Sąd uznaje panią za winną morderstwa Edena Afekt oraz skazuje panią na roczny pobyt w lochu na poziomie trzecim. Zamykam posiedzenie sądu!




środa, 14 października 2015

Za horyzontem 0.I


Czuwa, stolica państwa Oko
południowo – zachodnia część Dawnych Map
R.C. 1671

Zlecenie 0
Eden

I
Poziom I – „Miasto”, stary sierociniec

        - Sztil, nie rób tego, błagam cię, nie rób tego. Ja tak bardzo, bardzo cię przepraszam! Sztil! Przecież byliśmy tak długo razem, ja... ja nie wiem, co się stało, ja... wiem, to wszystko moja wina, Sztil, tak bardzo cię przepraszam, błagam, błagam! Sztil, proszę, nie rób tego, błagam cię, bądź rozsądna, skarbie. Sztil, kochanie, to nie musi się tak kończyć, ja naprawdę... przepraszam, żałuję! Sztil, posłuchaj mnie! Sztil, zostaw to, proszę, posłuchaj mnie. Sztil!
        Sztil, zostaw to. Nie możesz! Nie możesz tego zrobić! Sztil, przestań! Sztil! Na Cnego, bądź rozsądna, kobieto!
        Ty cholerna... niech cię szlag, Sztil! Cholerna suka! Niech cię tylko dorwę, Sztil! Zobaczysz, popamięta...


piątek, 2 października 2015

Za horyzontem - Prolog


czas poza czasem
przestrzeń poza przestrzenią


Na początku był tylko Chaos. Wszystko było w Chaosie i Chaos był wszystkim. Czas nieskończony i nieskończona przestrzeń były w Nim i były jednym, nierozróżnialnym, tożsamym. Nie istniało nic, co odróżniałoby elementy bytu i abstrakcji, a dobro i zło nie wyłaniały się z tej jedności.
Aż zrodziła się w Chaosie myśl i pragnienie, by nie być jednym, lecz podzielić się i by stać się dwoma. Chaos zapragnął potomka. Czuwał i kontemplował, rozważał, jaki powinien być, gdy nastanie już dwóch – pragnął obdarzyć potomka wszystkim, co dobre, szczęściem i mądrością. I z tej myśli rozmodlonej począł się we wnętrzu Chaosu pierwszy z jego potomków, Pan Światła, Cny.
Lecz gdy tak Chaos myślał i trudził się nad postacią swego syna, w jego marzenia wkradło się zwątpienie i przeciwności. I począł Chaos drugiego syna, Pana Ciemności, Szalbierza, który przeciwne miał cechy niż pierwszy potomek, był bowiem zrodzony z ciemności, zła i nieszczęścia.
Chaos jednak nie wiedział o tym, że począł dwóch synów, czuł bowiem jedynie szczęście i radość Cnego. Przysiągł więc swojemu pierworodnemu władzę nad całym światem, który z myśli nieuformowanej począł powoli się tworzyć. Spośród dwóch bliźniaków to jednak Szalbierz pierwszy oddzielił się od łona rodziciela i przyszedł na świat jako pierworodny. Po nim narodził się Cny. Chaos, który dotąd był wszystkim, nie mógł cofnąć swojego przyrzeczenia. Urodziwszy dwóch synów, zniknął, gdyż zapanowała myśl i istnienie, byt, który nie dawał miejsca na obecność nieuformowanego Chaosu.
Tak też na świecie pojawiły się dwie przeciwności, dobro i zło. Gdy tylko ich myśli stały się istniejące, a ciała sprawne, stanęli ze sobą do walki, Cny w świetle i prawdzie, Szalbierz w ciemności i nieszczęściu. Każda ich bitwa tworzyła nowy zakątek świata, nowe góry i doliny, wodę, lasy i zwierzęta. Aż w końcu gdy Szalbierz uzyskał swe prawa i ujął w dłoń darowane mu przez ojca berło władzy nad wszechświatem, z krwi Cnego narodzili się także i ludzie.

wtorek, 1 września 2015

Nietykalny I.V


Chwała
Ostatni etap stopni Żołnierza, ci, którzy stali się najsilniejsi ze wszystkich. Sława o ich czynach rozchodzi się daleko poza granice Argus, a oni sami stanowią legendę i wzór do naśladowania. Najczęściej będący w stanie spoczynku, stanowią element doradczy, wykonawczy lub stanowiący prawo obok Władczyń.

Aby stać się członkiem Chwały potrzeba niewyobrażalnie wiele. Status ten zarezerwowany jest dla jednostek wybitnych, bohaterów narodu, wzorów, do których każdy z Żołnierzy powinien był dążyć w każdej chwili swojego życia. Samo imię Żołnierza Chwały wzbudza zachwyt, strach i uwielbienie, samo imię wystarcza, by wrogowie czmychali w popłochu. Ich kunszt walki, doświadczenie i umiejętności są nieporównywalne z żadnymi innymi.
Członkiem Chwały nie mogą ogłosić Żołnierza nawet Władczynie. To lud i wrogie wojska nadają ten status, gdy Żołnierz staje się tak bardzo rozpoznawalny i heroiczny.
Słyszałem, że Wiarus nie pracował aż tak długo na swój status. Był w kwiecie wieku, nie osiągnął nawet pięćdziesięciu lat, a bycie tak młodym Chwałą to nie lada osiągnięcie. Ale wszystko, co musiał spełnić dla tego statusu, spełnił.
W dalekim kraju, w Sołdacie, leżącym nad Morzem Grzmotów toczyła się kiedyś bitwa. Wiarus wraz z innymi naszymi Żołnierzami walczył tam pod sztandarem Swołoczy, naszego zachodniego sąsiada, od wieków będącego w nienawiści z Sołdatem. W czasie tej bitwy Wiarus starł się z generałem wrogich wojsk, Pierwszym Mieczem Sołdatu, Protektorem Swady. I choć przegrał ten pojedynek, przez tego wojownika nazwany został wielkim, bo jako jedyny nie uciekł z pola bitwy, bo jako jedyny bronił koszar do końca, bo jako jedyny śmiał się śmierci w twarz. W tamten dzień nie zburzono koszar. W tamten dzień Pierwszy Miecz odszedł z uśmiechem na ustach, zapowiadając jedynie kolejny bój.
Koszary zniszczono dzień później.
Wiarus był wtedy w drodze do Swady, stolicy Sołdatu. Tam wyleczono go i z honorami odprawiono, przesyłając do Pałacu wieści o tym, jak wielkiego i odważnego wojownika mają.
Ciekawiło mnie, czy Wiarus czasami myślał o tym pojedynku. Czy wspominał go i rozpamiętywał. I czy wyglądał przy tym tak, jak teraz, gdy spokojnie, beznamiętnie i cicho wpatrywał się we mnie, przyjmującego baty od Rygora.
Zarządca stołówki nie szczędził na mnie swojej siły. Nie wiedział jednak, że po dziesiątym uderzeniu bat już niewiele robił na moich rozoranych plecach. Nie bolało ani mniej, ani więcej, bolało jedynie stale i nieprzerwanie. Oparty czołem o pal, czekałem aż skończy, by móc znowu położyć się na sienniku.
Dziś, o dziwo, pierwszy raz w życiu, mając wolne.
- Wystarczy! – usłyszałem ostry głos Patrola, który z polecenia Pierwszej przyszedł nadzorować wymierzanie kary. – Zabierz go stąd.
Rygor zwinął bat i podniósł mnie z klęczek. Czułem jak po plecach ścieka mi krew, jak wszystkie rany i te zadane przez Brawurę, i te rozorane przez kota oraz te zarobione teraz, palą żywym ogniem, wciskając niemal do moich oczu łzy. Chwilę później leżałem już na sienniku, brzuchem ku dołowi, pozwalając, by Łach otarła mi z pleców krew.
Gdy zasnąłem, nie czułem nic. Na szczęście. Ale gdy tylko otworzyłem oczy, palące rany na plecach znów mocno dały się we znaki. Z jękiem podniosłem się, odpychając rękoma od siennika, najpierw do pozycji klęczek, a potem powoli na własne nogi.
- Wszystko w porządku? – usłyszałem cichy głos Dezertera.
- Tak – szepnąłem, wychodząc z kwater. – Dużo pracy?
- Jak zawsze – wzruszył ramionami Dezerter. – Gdzie idziesz?
- Umyć się – rzuciłem.
Minąłem nietykalnego, który na progu kwater i kuchni obierał słodkie owoce na obiad. Przez tylny korytarz wydostałem się do ogrodów, a potem dalej, za stajnie i gęste krzewy z tyłu pałacowego kompleksu. Znajdowało się tam nieduże jeziorko, powstałe przez tysiącletnie rzeźbienie głębi ziemi przez wodospad, łagodnie szumiący i spływający z wysokiej skalnej półki.
Ściągnąłem powoli koszulę, obserwując krwawe ślady na materiale w miejscu, gdzie ubranie dotykało moich pleców. To musiał być nieprzyjemny widok i zastanawiałem się, jak długo jeszcze będzie mnie to wszystko boleć.
Ściągając spodnie i bieliznę pomyślałem, że pewnie długo.
Wszedłem powoli do wody, pozwalając by chłodna i czysta ciecz ukoiła nieco ból i zmęczenie. Zanurzyłem się cały i siedziałem tak pod wodą długo, obserwując pływające ryby i falujące wodorosty.
Gdy zabrakło mi tchu, wypłynąłem.
- Już myślałem, że się utopiłeś – usłyszałem.
Odwróciłem się i spojrzałem na brzeg, gdzie na zwalonym pniu siedział Wiarus.
- Mam mocne płuca – odparłem.
- Widzę. – Żołnierz uśmiechnął się lekko. – I nie tylko płuca. W ogóle jesteś dosyć silny. Jak z bieganiem?
- Nie wiem, nigdy nie biegałem dalej niż sprzed Pałacu do stajni – przyznałem szczerze.
- No tak, trzeba będzie to sprawdzić później. – Wiarus wyciągnął zza paska nóż i obciął nim gałąź jakiegoś krzewu. – Walczyłeś kiedyś?
- Wczoraj – odparłem, zastanawiając się, czego po tych dziwacznych pytaniach oczekuje ode mnie Żołnierz Chwały.
- A z człowiekiem?
- Nie.
Wiarus pokiwał głową i schował nóż, zębami okorowując gałąź. Chwilę siedział w milczeniu, zajmując się swoją rozrywką, nie zwracając kompletnie uwagi na mnie. Czułem się nieco głupio, nagi i pływający na środku jeziorka, w swój pierwszy, wolny dzień.
- Jak masz na imię?
- Strach – odparłem.
- Czemu?
- Co proszę? – zdziwiłem się nieco, nie rozumiejąc pytania Żołnierza.
- Czemu nazwali cię Strach? – wyjaśnił bardziej, wypluwając z ust fragmenty kory.
- Nie wiem – przyznałem szczerze. – Stary Garsteczka mnie tak nazwał, gdy pierwszy raz Babcia Łach przyprowadziła mnie do kuchni.
- Garsteczka? – Wiarus zaśmiał się cicho. – No tak, to wszystko tłumaczy...
Nie wiedziałem kompletnie, co niby miało to tłumaczyć. Garsteczka, ojciec Rygora, był przed swoją śmiercią zarządcą stołówki pałacowej tak, jak teraz jego syn. To on głównie nadawał imiona nietykalnym z mojego pokolenia, Dezerterowi, Gałganowi, Kurzowi, Błocku czy mnie. A robił to, o ile pamiętałem, szybko i bez zastanowienia, doskonale jednak pamiętając, kto jakie imię miał teraz odtąd nosić.
- Czemu zatrzymałeś wczoraj kota? – ciągnął swoje pytania Wiarus, zagryzając w ustach okorowaną gałąź.
- Nie wiem – przyznałem. – Zaatakowałby najjaśniejszą panienkę, więc...
- Czemu zatrzymałeś kota? – przerwał mi spokojnym tonem Żołnierz. – Czemu nie uciekłeś?
- Czemu miałem uciekać? – odparowałem pytaniem.
- Bo jesteś nietykalnym – stwierdził Chwała – któremu na imię Strach. Bałeś się?
- Tak – odpowiedziałem szczerze.
- „Tak” – powtórzył po mnie nieco zdziwiony. – Bałeś się. I nie uciekłeś. Czemu?
- No bo... bać się to jedno, nie? – zacząłem pokracznie. – Ale uciekać... to drugie.
Wiarus zagryzł gałąź tam mocno, że aż z trzaskiem pękły łączące się w całość włókna. Po chwili Żołnierz uśmiechnął się szeroko i wypluł gałąź, wstając ze swojego miejsca.
- Tak, będziesz nadawał się idealnie... – stwierdził.
- Nadawał do czego? – zapytałem zaciekawiony.
- A to zobaczysz jutro – zapewnił mnie Wiarus. – O to się nie martw, chłopcze.

Koniec Części I


piątek, 13 marca 2015

Nietykalny I.IV

Czytam - komentuję.
Jeśli wpadłeś tutaj choć na chwilę, przeczytaj. A jeśli już coś przeczytałeś - skomentuj. Piszę dla siebie, ale miło wiedzieć, że ktoś czeka na to lub po prostu się z tym krótko zapoznał.

~*~

IV

Honor
Trzeci stopień Żołnierza. Ci, którzy wybitnymi czynami zasłużyli sobie na zwrócenie uwagi Władczyń, noszą swoje imię z dumą i wyniosłością, stanowiąc wzór dla innych, młodszych od siebie stopniem i doświadczeniem Żołnierzy. Wysoce poważani w społeczeństwie, stanowią element doradczy Władczyń.

Aby stać się Honorowym potrzeba bardzo, bardzo wiele. Przeżycie wielu bitew i dokonanie wielkich czynów nie zawsze tu wystarcza, bowiem Honor musi odznaczać się już czymś więcej. Czymś, co zwróci uwagę samych Władczyń na tyle, by łaskawie zgodziły się wynieść członka Straży nieco wyżej niż jego pobratymców w statusie.
Honorowym też wcale nie jest łatwo być. To prestiż i zaszczyt stać na tym poziomie i od tych Żołnierzy wymaga się bardzo, bardzo wiele. Ale wiele też im się pozwala. Ich słowo może niemal stanowić prawo, a na pewno stanowi je, gdy dochodzi do krótkich, niewiele znaczących dla innych konfliktów.
Tak, jak ten mój...
Siedziałem cicho pod ścianą przy wejściu do mniejszego salonu, rozglądając się po tylnym korytarzu. Kilku Żołnierzy stało wraz z kobietami nieopodal, wskazując na mnie palcami i szepcząc coś cicho do siebie. Kilka sług przemykało się tu i tam, rzucając mi płochliwe spojrzenie. No i przede wszystkim inni nietykalni, przechodząc szybko do swoich obowiązków, posyłali mi pełne współczucia i bólu spojrzenia.
Wiedziałem, że mam kłopoty, nie wiedziałem tylko do końca dlaczego. Zaczynało się już ściemniać i Dezerter zapalał w ogrodzie lampy, które zazwyczaj ja gasiłem co rano. Niedługo Rygor zebrałby nas, dał jedzenie i wykopał do kwater, gdzie spalibyśmy krótkim, niespokojnym snem.
Tak bardzo chciało mi się spać...
Czułem się osłabiony, zarówno po porannych katuszach, jak i po niedawnej walce z kotem. Gdy Łach mnie opatrywała, słyszałem jak mówi, że straciłem dużo krwi i powinienem dziś już nie wychodzić. Jednak niecałą godzinę po incydencie z siennika zdarł mnie Dryl, prowadząc tutaj i rozkazując twardym głosem czekać pod drzwiami. Nie dałem rady długo ustać w miejscu, zsunąłem się po ścianie, znacząc biały tynk krwawymi śladami ze swoich pleców.
Dochodziły do mnie jakieś głosy, niczym szepty z oddali, niezrozumiałe i tajemnicze. Oczy co chwilę zachodziły mi mgłą, którą starałem się rozwiać, przecierając powieki lub wstrząsając głową jak niespokojny koń.
Chciałem, by już mnie ukarali. By Dryl lub Rygor dali mi kilka batów, skopali kilka razy i kazali wracać do kwater. Chciałem już odpocząć.
- Wstań.
Uniosłem nieco oczy i podniosłem się chwiejnie, posłusznie stając przy Drylu. Żołnierz nie miał zachwyconej miny i wcale nie spodziewałem się, że będzie ją miał. Złapał mnie za ramię i wprowadził do mniejszego salonu, gdzie ku mojemu zdziwieniu znajdowało się zaskakująco dużo wysoko postawionych osób.
Przy płonącym kominku, na wyściełanych jedwabiem sofach siedziały trzy Władczynie, Wiedza, Doktryna i Idea, nasze najjaśniejsze Panie. Za plecami Pierwszej i Drugiej stali ich ochroniarze, Patrol i Kord, obaj posyłający mi nieco nienawistne, pełne złości spojrzenie. Rozpoznałem także Wiarusa, stojącego do reszty plecami, wpatrzonego w płomienie w kominku, nucącego coś cicho pod nosem. Oprócz nich wszystkich w salonie znajdował się także Brawura, wściekły jak nigdy oraz jego ojciec, Zawista, z równie niezachęcającym humorem.
- Więc to on? – Pierwsza z Władczyń zaciekawiona spojrzała w moją stronę. – Nie wygląda na zdolnego do walki z kotem.
- Och, błagam! – Wiarus parsknął śmiechem. – Rankiem został obity do nieprzytomności, a potem mocno pokiereszowany, sam nie wyglądałbym lepiej po czymś takim... pani.
- Ty rzadko wyglądasz dobrze, Wiarus – odparła królowa.
Mimowolnie uśmiechnąłem się lekko, zaraz jednak spuściłem głowę, przypominając sobie, w jakiej sytuacji się znajduję.
- Jak dla mnie nie ma tutaj żadnego problemu. – Zawista włączył się do rozmowy. – To tylko nietykalny.
- A ja widzę tu powód do rozmowy, Zawista – burknął już całkowicie innym, zimnym i zdystansowanym tonem Wiarus. – Twój syn zachował się jak szczeniak, punkt pierwszy. Punkt drugi, ten nietykalny ocalił życie Władczyni.
- To tylko nietykalny! – zaparł się Zawista.
- Dość. – Pierwsza Władczyni uniosła w górę swoją dłoń, kończąc tym samym rozmowę między mężczyznami. – Te argumenty już padły, przypominam wam obu.
Wiarus wzruszył ramionami i z powrotem spojrzał na tańczące w kominku płomienie. Powoli zaczynałem widzieć go podwójnie, powoli też nogi same zaczęły się przede mną uginać.
- Co teraz? – odezwała się nieco niepewnie Idea.
- Teraz powinniśmy wszyscy iść spać – zauważyła Doktryna, wstając ze swojego miejsca. – Jutro nietykalny odbierze swoją karę za atak na Korda oraz za bezczelność wobec Idei.
- I to wszystko, najjaśniejsza pani? – zapytał Wiarus, wyjątkowo sykliwie akcentując tytuł kobiety. – Dostanie karę?
- A co jeszcze? – zdziwiła się Doktryna.
- Gdyby nie on, zbieralibyśmy Ideę z kocich zębów, bawiąc się w pierdolone trójwymiarowe puzzle...
- Wiarus! – skarciła go Wiedza.
- Zaprzecz, jeśli kłamię – podjudził ją.
- Tam był także Kord – zauważyła usłużnie Doktryna.
Wiarus parsknął śmiechem i wyciągnął pojednawczo dłoń w górę, rzucając spokojne spojrzenie ku ochroniarzowi Drugiej, który zjeżył się momentalnie.
- Z całym szacunkiem, najjaśniejsza pani, ale Kord nawet nie wiedział, co się wokoło dzieje. Widziałem to.
- Jego reakcja... – próbowała nadal Doktryna.
- Nie zdążyłby zareagować! – uniósł się Wiarus. – A nawet jeśli, to nie zareagował, bo zrobił to on. – Żołnierz wskazał na mnie. – I czy tego chcecie, czy nie, Idea zawdzięcza życie niewolnikowi, nietykalnemu!
- Wiarus, siejesz zamęt – zauważyła spokojnie Wiedza. – Jak zwykle zresztą. Ten temat nie podlega już dyskusji, nasze zdanie zostało przedstawione. Nietykalny zostanie ukarany.
Wiarus mruknął coś cicho, ale nie sprowokował kolejnej kłótni. Władczyni poczekała jeszcze chwilę, lecz nikt inny nie śmiał się odezwać.
- Dobranoc wszystkim – zaanonsowała Pierwsza i wstała, wraz z Doktryną wychodząc z salonu.
Za swoimi Władczyniami wyszli także Kord i Patrol, a zaraz za nimi pokój opuścił Zawista z synem. Idea, nieco speszona, rozejrzała się wokoło – w pomieszczeniu zostałem tylko ja, ona oraz stojący przy kominku Wiarus.
- Tylko mi nie mów, że ich popierasz, Id – westchnął Wiarus.
- Nie – zaprzeczyła cicho.
Zdziwiłem się nieco. W czasie wszystkich rozmów i kłótni Wiarus wydawał się być niesamowicie bezpośredni wobec każdej z Władczyń. I choć wyrażał swoje zdanie jasno i dosadnie, starał się zachowywać chociaż pozory dystansu obywatela – władcy. Teraz, pozostając w pomieszczeniu z Ideą, role jakby się odwróciły. To Idea wydawała się być niepewna, a Wiarus – władczy i niemalże ojcowski.
- Chyba powinnaś coś zrobić – burknął.
- Ja? – zdziwiła się.
- Idea.
- Ale... to tylko...
- Idea!
Dziewczyna zamilkła natychmiast i spuściła głowę. W końcu zacisnęła pięści i wstała ze swojego miejsca, podchodząc do mnie.
- Dziękuję za uratowanie mi życia – wydusiła z siebie. – Czy coś...
Nim zdążyłem zareagować, odwróciła się i wyszła szybko z salonu. Nie wiedziałem, czy upływ krwi, rany i zmęczenie siadły mi na mózg, ale wydawało mi się właśnie, że pierwszy raz w życiu usłyszałem coś miłego od pełnoprawnego obywatela.
- Co tak stoisz? – Moje rozmyślania przerwał Wiarus, podchodząc do mnie i stukając mnie palcem w czoło. – Wracaj do kwater. Dryl! – Do salonu wszedł wzywany Żołnierz. – Odprowadź go. Jutro, gdy dostanie karę, opatrzysz go i pozostawisz w kwaterze. Żadnej pracy. Zrozumiane?
- Tak, Mistrzu.
Dryl złapał mnie już kolejny raz tego dnia za ramię i zaprowadził do kwater. Gałgan i Dezerter kładli się spać i wyczekująco wpatrywali się we mnie, ja jednak nie miałem sił niczego im tłumaczyć.
Ledwo ułożyłem głowę na sienniku, zasnąłem.


sobota, 28 lutego 2015

Nietykalny I.III

III

Straż
Drugi etap życia Żołnierza, ci z Młodej Straży, co odznaczyli się już jakimiś osiągnięciami, wzięli udział w wystarczającej liczbie bitew lub zasłużyli się heroicznym czynem. Mężczyźni w sile wieku, wymyślający swoje imiona lub poddający się nadaniu imienia, dokonują wyboru swojego symbolu, rodu lub broni. Większość z nich zakłada swoje własne klany żołnierskie, najodważniejsi i najbardziej doświadczeni mogą otrzymać już przydziały Młodej Straży.

Aby stać się członkiem Straży, potrzeba bardzo wiele. Gdy już się dostało do Akademii, odbyło swój trening zarówno tam, jak i u Mistrza, a następnie ze szczęściem, odwagą i umiejętnościami przeżyło wystarczająco wiele walk, można było postarać się o status Straży. Aplikant wnosił wniosek za poręczeniem innego, wyżej postawionego Żołnierza, a jego podanie rozpatrywane było na najbliższym spotkaniu Władczyń. Gdy te zgodziły się na awans, członek Młodej Straży składał swój mundur i broń, dostawał nową odzież i zbroję, a także wykuwano mu specjalny, charakterystyczny dla niego i indywidualny rynsztunek, po czym przestawał być członkiem Młodej Straży i stawał się członkiem Straży.
W Pałacu znajdowały się specjalne kwatery dla Straży. Nie były to jeszcze apartamenty dla Honoru lub Chwały, ale już miały w sobie elementy luksusu i atrakcyjności. Sprzątaliśmy je wraz z innymi nietykalnymi raz dziennie, spokojnie więc mogłem obejrzeć sobie obłożone miękkimi skórami łoże, księgi wypełniające szafy i błyszczące, srebrne naczynia.
Do Straży należała większość wyżej postawionych Żołnierzy. Strażą był Dryl i Rygor, a także Kord, ochroniarz najjaśniejszej Drugiej Władczyni, Doktryny.
I to właśnie Dryl rozmawiał teraz z Rygorem, co rusz spoglądając w moim kierunku, gdy cicho i posłusznie naprawiałem koła w wozie.
- Szykują się kłopoty – burknął Dezerter, strugając nieopodal mnie deski.
Dezerter był w moim wieku, mniej więcej mojego wzrostu i mocno bardziej trzymał się życia bez bólu i poniżenia niż ja. Jemu, tak jak Gałganowi, wystarczyło tylko kilka batów od Dryla i kilka krzyków od Rygora, by szybko nauczył się, gdzie jest jego miejsce.
- To moje kłopoty – mruknąłem, dźwigając w górę wóz. – I twój pieniek.
- Co? – zdziwił się Dezerter.
- Podaj pieniek pod wóz – rzuciłem nieco rozbawiony.
Dezerter zerwał się z miejsca i podłożył pod wóz pień. Powoli opuściłem karocę i zająłem się zdejmowaniem zepsutego koła z osi.
- Skąd ty masz tyle siły? – zapytał Dezerter. – Ledwo rankiem obili cię do nieprzytomności.
- Jest już wieczór – sapnąłem, szarpiąc się z kołem.
- Bardzo zabawne, Strach...
- A no trochę – odparłem, w końcu ściągając koło. – Będą mi potrzebne trzy szprychy. I chyba trzeba nagiąć deskę na koło, ta jest do niczego.
Dezerter skinął głową i zabrał się za struganie drewna. Westchnąłem ciężko i otarłem z czoła pot. Dezerter mógł twierdzić, że jestem silny, ale tak naprawdę czułem się dzisiaj bardzo, bardzo słaby. Rozorane przez razy Brawury plecy paliły mnie jak polewane wrzątkiem, a mięśnie, dziwnie drżące i niepewne, też miały na dziś dość.
- Co oni się tam tak drą? – zapytałem, wskazując głową na zbiegowisko ludzi po drugiej stronie ogrodu.
- Jakiś z Młodej Straży podszedł do zadania – odpowiedział Dezerter. – Przywieźli mu nawet kota z Nieludzkiego Lasu.
- Biedne zwierzę – mruknąłem, oczyszczając oś z błota i kurzu. – Musi się z nimi męczyć.
- Strach...
- Wiem, wiem, morda w kubeł. – Wzruszyłem ramionami.
Dezerter zrobił niezadowoloną minę i zabrał się za swoją pracę. Większość wiedziała, jak bardzo niewyparzony mam jęzor i jak łatwo jest sprawić, bym dostał kilka dodatkowych batów. Mimo wszystko jednak nietykalni trzymali się razem i upominanie mnie uznawali już chyba za swój obowiązek.
Z pomocą Dezertera naprawiłem koło i razem założyliśmy je na wóz. Naprawiony, odstawiliśmy do magazynu i skierowaliśmy się do kwater, by odnaleźć Dryla i otrzymać kolejne zadanie od niego.
- Pani. – Dezerter nagle zatrzymał się i pociągnął mnie za kark ku ziemi.
Wiedział, co robi. Jak na nietykalnego miałem niemiły zwyczaj rozglądania się wokoło i zwracania uwagi na rzeczy i osoby, na które nie miałem prawa zwracać uwagi. Jak dla przykładu na nasze najjaśniejsze Władczynie.
Pochylony w pół nie widziałem wiele. Ręka Dezertera na moim karku, mimo że już zdjęta, paliła żywym ogniem, rozogniając razy zadane rano przez Brawurę. Zacisnąłem zęby i zmrużyłem nieco oczy, by nie pozwolić łzom bólu wypłynąć na wierzch. Szybko jednak spojrzenie zaszło mi mgłą, otarłem więc powieki wierzchem dłoni i nieco się wyprostowałem, nie chcąc, by łzy znów rozlały mi się po oczach.
Gdy odjąłem rękę od powiek, sam zamarłem, nie spodziewając się aż tak niespotykanego widoku. Władczynie widziałem tylko czasami i to tylko z bardzo daleka, gdy po drugiej stronie Wielkiej Sali Pałacu usługiwaliśmy Młodej Straży. Słyszałem wiele o tym, że są wyjątkowo piękne i młode, ale dopiero teraz, gdy jedna z nich znajdowała się niespełna dwa metry ode mnie, mogłem tym wszystkim słowom przyznać rację.
To musiała być trzecia z nich, Idea. Z tego co wiedziałem, była młodsza nawet ode mnie i przyznać musiałem, że status królowej pasował do niej idealnie. Złote, długie włosy upięte były srebrnymi łańcuszkami luźno tak, by nie przysłaniały twarzy, ale by kaskadą słonecznego blasku spływały po ramionach i plecach. Ciało okryte było zwiewną, białą szatą, otulającą zgrabne nogi, krągłe biodra i pośladki, wąską talię i pełny, zachwycająco pełny biust.
- Nie, nie, nie... wracaj do Doktryny Kord – usłyszałem jej głos.
Miał miłe brzmienie, spokojne, stanowcze i kobiece, delikatne i nie znoszące sprzeciwu.
- Pani moja... – zaczął Kord.
- Do Doktryny – burknęła Idea, zakładając ręce na pierś. – Nie jestem dzieckiem, Kord.
- Moja pani nalegała...
- A ja ci rozkazuję!
Kord, wysoki brunet w ciężkiej, skórzanej kurtce, zrobił nieco niezadowoloną minę. Jego spojrzenie nieopatrznie osiadło na mnie, stojącym nieopodal, bezczelnie wpatrzonym zarówno w niego, jak i we Władczynię.
- Hej, ty! – warknął ku mnie, a Idea dopiero teraz zwróciła na mnie uwagę.
Zjeżyłem się jak kot i już miałem zamiar pochylić się i błagać o litość, gdy coś innego zwróciło moją uwagę, uniemożliwiając mi ukłon uniżenia.
- Kot... – szepnąłem.
- Jak śmiesz tak się gapić? – uniósł się Kord.
- To kot! – krzyknąłem.
Zarówno Kord, jak i Idea poruszyli się zaskoczeni moim krzykiem, krzykiem nietykalnego, kogoś, kto powinien był milczeć i służyć. Kord otrząsnął się jako pierwszy i ze wściekłą miną ruszył w moją stronę.
- Bezczelny! – warknął.
Syknąłem i odsunąłem go na bok, układając dłoń na jego piersi i odpychając go od siebie. Upadł na ziemię tuż przy Dezerterze, który blady i przerażony nie śmiał nawet ruszyć się z miejsca. Idea krzyknęła cicho i cofnęła się o krok, co właściwie było mi na rękę. Stanąłem przed nią i wyciągnąłem ręce, przyjmując na siebie potężny atak.
Kot z Nieludzkiego Lasu musiał urwać się z walki i postanowił poszukać sobie nieco więcej wolności. Pędzącego w naszym kierunku nie sposób było tak łatwo zatrzymać. Widząc mnie, stojącego z rozłożonymi rękoma, zawarczał i skoczył w przód, uderzając we mnie swoim ciałem.
Nigdy nie walczyłem z kotem. To było potężne, ciężkie i silne zwierzę i ledwo co ustałem na nogach, gdy jego cielsko zwaliło się na mnie. Warknąłem, gdy zęby wtopiły się w moje ramię, a pazury zahaczyły o drugą rękę i tors. Zdzieliłem kota pięścią po głowie, a gdy nie wypuścił mnie z uścisku swoich szczęk, zrobiłem to jeszcze raz i kolejny. Zwierzę cofnęło się, odskakując zgrabnie, zlizując z wąsów moją krew.
Nie wiedziałem teraz, co bolało mnie bardziej – razy Brawury, czy zatapiające się we mnie kły. W gruncie rzeczy stwierdzić mogłem, że ból był w miarę porównywalny, choć, gwoli ścisłości, wolałem walkę z kotem.
No bo... tak jakoś... tu mogłem walczyć.
Poczułem jak do głowy uderza mi adrenalina, pulsującym tokiem wpływając mi do żył i roznosząc się po ciele. Pochyliłem się nieco i spod grzywki przyjrzałem się mojemu przeciwnikowi.
Kot był rozwścieczony, ranny i zdesperowany. Zrobiło mi się go żal, przez chwilę, krótką, na tyle długą, na ile mnie nie zaatakował.
Bardzo krótką.
Gdy skoczył tym razem, zwalił mnie z nóg. Przytrzymałem jego łeb z daleka od siebie, nie chcąc już czuć tych wtapiających się we mnie zębisk. Nie wiedziałem, ile tak wytrzymam, wpatrzony w paszczę śmierci i właściwie przestało mnie to nieco obchodzić.
Chciałem, by się to już skończyło. Tak albo inaczej.
Kot zacharczał nagle i z jego pyska lunęła czerwona krew, zalewając mi twarz. Wyplułem to instynktownie, zwalniając nieco uścisk. Ciężkie ciało kota opadło na mnie, przygniatając moje płuca. Na chwilę straciłem oddech, świat zawirował mi przed oczyma, zaraz jednak otrząsnąłem się i odepchnąłem od siebie truchło zwierzęcia.
Wokoło mnie biegali ludzie, krzycząc coś i wiwatując. Słyszałem kilka ostrych głosów, gdzieś w oddali wołał Dryl, gdzieś tam też jęczał Gałgan i Dezerter. Przetarłem twarz ręką i wyplułem mieszaninę śliny i krwi kota na ziemię, po czym powoli, bardzo powoli podniosłem się i nieco instynktownie ruszyłem do kwater nietykalnych.
Nie zrobiłem nawet dwóch kroków, gdy ktoś zatrzymał mnie, mocno i pewnie łapiąc za ramię. Uderzyła mnie nagła cisza, która zapadła wokoło. Podniosłem rękę do oczu i otarłem powieki wierzchem dłoni, by nieco lepiej widzieć, co się dzieje.
Obok mnie stał Wiarus, z dziwną, niezbadaną miną. W jego ręce tkwiła zakrwawiona, krótka włócznia i domyśliłem się już, kto przebił czaszkę kota. Zrobiło mi się nieco głupio, gdyż ze wzroku Żołnierza wyczytałem tylko i jedynie uraz do tego, że jeszcze nie dziękowałem mu za ocalenia życia.
- Chcesz coś powiedzieć? – zapytał mnie.
- Ja... – szepnąłem. – Dziękuję. Za ocalenie. Mi życia. Czy coś.
Wiarus uniósł nieco jedną brew do góry i wiedziałem już, że to „czy coś” to mogłem sobie podarować. Byłem jednak zbyt zmęczony i zbyt obolały, by jeszcze nad tym myśleć.
I wcale nie chciałem też myśleć o tym, dlaczego nagle Żołnierz Chwały wybuchł gromkim śmiechem.
- Chłopcze – zaczął rozbawiony – zatrzymałeś kota gołymi rękoma i dziękujesz mi za ocalenie życia? Dryl! Daj mu wina i każ opatrzyć.
Zaskoczonego z placu odciągnął mnie Dryl i razem z Dezerterem wprowadzili mnie do kwater. Usadzono mnie na moim sienniku i opatrzono, wciąż katatonicznie zaskoczonego całą sytuacją.
Bardzo katatonicznie zaskoczonego. Bardzo.


wtorek, 24 lutego 2015

Nietykalny I.II

II

Młoda Straż
Pierwszy stopień Żołnierza. Ci, którzy otrzymali broń i zbroję od Władczyń, ruszają na swoje pierwsze bitwy i starcia, starając się przynieść chwałę sobie i Argus. Stanowią największą część Żołnierzy, są zazwyczaj młodzi, brutalni i nierozważni. Ponad połowa ginie w młodym wieku.

Aby stać się członkiem Młodej Straży potrzeba wiele. Przede wszystkim należy urodzić się w jednym ze szlacheckich rodów. Rekrut zgłasza się do Akademii, gdzie ukazuje Rektoratowi swoje imię, nazwisko i emblemat szlachecki. Zostaje on wtedy przydzielony do swojej nowej, trzyosobowej drużyny, która pod opieką jednego z Żołnierzy Honoru lub Chwały szkoli się do walki i zabijania. Treningi trwają rok, czasami dwa, a czasami i dziesięć lat.
Świeżo upieczeni członkowie Młodej Straży mają prawo wyruszać na własne bitwy i wojny, wedle swojego uznania zaciągając się do armii tego lub innego władcy. Mają też prawo wstępu do Pałacu, gdzie mogą otrzymywać nowe zadania i misje, gdzie mogą też odpocząć i potrenować pod okiem bardziej doświadczonych wojowników.
No i, przede wszystkim, zyskują wtedy niepisane prawo poniżania nietykalnych.
Brawura bardzo boleśnie zemścił się za incydent z Wiarusem. Na głównej Sali obił mnie tak mocno, że z kamiennej posadzki ściągali mnie Rygor i Dezerter, a Gałgan przez godzinę ścierał z podłogi moją krew.
Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem nad sobą brudny i zapleśniały sufit kwatery nietykalnych. Obok mojego posłania siedziała Łach, cicho ucierając w małym moździerzu zioła. Większość mojego ciała bolała mnie niemiłosiernie, a gdy chciałem się podnieść, ból wzmógł się wielokrotnie.
Łach zareagowała na mój ruch niemal natychmiast. Była starszą, zmęczoną życiem i służbą kobieciną, ale jej chude, pomarszczone ręce były teraz dla mnie wyjątkowo silne. Ułożyła mnie na posłaniu i układając palec przy swoich ustach, pokręciła tylko głową.
- Babciu Łach, to na nic – szepnąłem. – Jutro będzie tak samo...
Kobieta skuliła się, a ja westchnąłem tylko ciężko. Łach uważała, że nawet gdy wokoło nie było Żołnierzy ani nikogo wyżej postawionego, nam, nietykalnym, wciąż nie było dane się odzywać. Nie wiedziałem, co przeżyła w swoim długim, pełnym udręki życiu nietykalnej, a ponieważ dawno, dawno temu przestała mówić, nigdy też nie mogła mi o tym opowiedzieć.
I być może tak było dla mnie lepiej. Byłem jeszcze młody i zapewne nieprzygotowany na tak drastyczne opisy z życia jednego, strudzonego nietykalnego.
Łach opatrzyła moje sińce i rany. Jej maści przyniosły nieco ulgi, wiedziałem jednak, że niedługo będę musiał wstać i wrócić do pracy, a sam ruch wystarczy, by każda z ran dała ponownie, boleśnie o sobie znać. Jeśli Brawura znów zechce uraczyć mnie kilkoma razami, skomląc, będę zwijał się z bólu pod jego stopami.
Wiedziałem o tym. Już nie raz i nie dwa tak było.
Łach po chwili pozostawiła mnie samego. Miała dużo obowiązków, samo zajmowanie się dziećmi i młodymi nietykalnymi było ciężkim zajęciem, a jeśli doliczyć do tego incydenty takie, jak mój, kobieta miała pomarszczone ręce pełne niewdzięcznej roboty.
Leżałem w bezruchu, starając się odpocząć tak szybko, jak tylko się to da. Zapadałem w krótkie drzemki, wybudzając się jednak na jakikolwiek dźwięk otoczenia. A było tego sporo – od płaczu maluchów w przegrodzie obok, przez krzyki służby w kuchni, aż po śmiechy Żołnierzy, walczących i spędzających czas w ogrodzie za Pałacem.
- Strach, wstań, przyjechała kolejna kompania, musimy oporządzić konie...
Kompania. Konie. Oporządzić. Wstań. Strach.
Westchnąłem ciężko i podniosłem się powoli ze swojego siennika. Gałgan, który wołał mnie do pracy, już wyszedł z kwater nietykalnych i zapewne był w połowie drogi do stajni. Nie mogłem sobie pozwolić na większe opóźnienie, gdyby Rygor lub Dryl zobaczyli, że się ociągam, dostałbym kolejne baty.
Wyszedłem na zalany słońcem teren za Pałacem. Większość miejsca tutaj zajmował ogród, gdzie ćwiczyli Żołnierze Honoru lub Chwały lub gdzie czas spędzała szlachetniejsza część naszej populacji, oddając się rozrywce czytania, śpiewania lub słuchania muzyki. W południowo-zachodniej części znajdowały się stajnie i magazyny, a także szeroka, kamienista droga, prowadząca na tyły Pałacu i całego kompleksu.
- Jak się trzymasz? – zapytał cicho Gałgan, gdy podszedłem do pierwszego konia, zgrzanego i lepiącego się od potu i brudu.
- Lepiej niż te konie – odparłem powoli. – Kto wrócił?
- Ojciec Brawury, Zawista – rzucił szybko nietykalny, rozglądając się niespokojnie wokoło. – Razem z drużyną.
- Dranie – burknąłem, ściągając z ogiera uzdę.
- Strach. – Gałgan zadrżał w obawie, kuląc się przy kolejnym wymęczonym zwierzęciu. – Daj spokój. I tak ledwo stoisz, po co ci więcej kłopotów?
- Tak dla rozrywki – odparłem z westchnięciem.
Wiedziałem, że jak na nietykalnego mam zbyt długi ozór i kiedyś to mnie zgubi, o wiele bardziej boleśnie i brutalnie niż kiedykolwiek bym przypuszczał. Nie wolno było mi się odzywać, nie mówiąc już nawet o komentowaniu poczynań pełnoprawnych obywateli. Krytykowanie Żołnierzy znajdowało się na szczycie listy głupot-których-jeszcze-nie-popełniłem-tak-by-mnie-przyłapali-ale-widać-zbliżałem-się-ku-temu-a-jakże.
Ściągnąłem z każdego z koni uzdy i siodła, po czym razem z Gałganem daliśmy każdemu ze zwierząt po wiadrze ciepłej wody. Wypiły je łapczywie, szukając więcej, mimo to wprowadziliśmy je do boksu i dopiero gdy umyliśmy je i wyczyściliśmy, dostały tyle wody, ile tylko pragnęły wypić. Każdemu z ogierów podaliśmy także zapas marchwi i owsa zmieszanego z ziołami.
- Dryl coś mówił jeszcze? – zapytałem.
- Tak, mamy naprawić uzdy i sklecić nowe pasy do siodeł. – Gałgan westchnął ciężko. – Nienawidzę ciąć skóry.
- Bo robisz to źle – mruknąłem. – Nauczę cię, inaczej dostanie ci się od Dryla, jak znowu zobaczy, że coś zmaściłeś.
Gałgan pokiwał ochoczo głową i ruszył za mną za stajnie, gdzie stały kadzie do farbowania i garbowania. Ściągnąłem ze stojaków kilka wyprawionych skór i pokazałem Gałganowi jak je przycinać ostrym, zakrzywionym nożem.
Gałgan był nieco ode mnie młodszy, nieco niższy i mocno bardziej zastraszony. Jemu Łach łatwiej wyjaśniła, jak należy się zachowywać i jemu to Rygor tylko raz pokazał bat, by wyperswadować głupie zagrywki. Mnie nauka takich rzeczy zajmowała sporo więcej czasu.
Nad skórami pracowało się ciężko, ale spokojnie. Tutaj, na tyłach stajni, do naszych uszu dochodziły tylko strzępy śpiewanych pieśni i nikłe krzyki walki, ale przede wszystkim nikt i nic nas nie zaczepiało, nie poniżało i nie popychało, co wbrew pozorom wielce sobie ceniłem.
- Mistrzu, to naprawdę nie jest...
- Dość.
- Ale...
- Powiedziałem dość.
Razem z Gałganem unieśliśmy głowy, gdy krzyki Dryla, jak dla mnie pierwszy raz nieco niepewne i zdystansowane, przedarły się wraz z obcym nam głosem do naszych uszu. Rozmówcy byli blisko i niezaprzeczalnie zbliżali się ku nam.
- Mistrzu, gdyby Mistrz jednak...
- Dryl.
- Tak, Mistrzu.
Zza stajni wypadło dwóch Żołnierzy. W pierwszym, wysokim i pewnym siebie, rozpoznałem Wiarusa, wojownika Chwały, który wczoraj uratował mnie przed razem Brawury. Za nim niespokojnie stał Dryl, niepewną miną wpatrując się to we Wiarusa, to, na Cnego i Szalbierza!, we mnie.
- Kiedy?
- Rankiem, Mistrzu – odparł Dryl.
Wiarus zacisnął zęby, a jego oczy spochmurniały. Nie wiedziałem, czy jego wrogowie czuli ten sam strach, który czułem teraz ja, wpatrując się w te niespokojne, ciemne oczy, ale jeśli tak, to rozumiałem już, czemu sam widok Wiarusa na polu bitwy powoduje jego wygrane.
Żołnierz Chwały podszedł do mnie i bez słowa podciągnął moją koszulę ku górze. Znieruchomiałem, pozwalając mu na wszystko, nie chcąc nawet myśleć o tym, co może nastąpić. Fakt faktem, słyszałem i o takich przypadkach, gdzie nietykalni służyli nie tylko ku zadowoleniu pychy i dumy Żołnierzy, ale także i całkiem innemu zadowoleniu, nigdy jednak nie dawałem wiary takim opowieściom, a mój umysł, jeszcze niewinny i naiwny w tej kwestii, nawet nie dopuszczał takich myśli do siebie.
- Pierdolony Brawura! – warknął Wiarus, a zarówno ja, jak i Gałgan skuliliśmy się ze strachu. – Gdzie jest ten szczeniak!?
- Mistrzu, to nie... – zaczął Dryl.
- Dość! – Żołnierz Chwały już drugi raz podniósł swój głos, władczy i wibrujący.
Wiarus opuścił moją koszulę i wyszedł zza stajni, a za nim z niepewną miną ruszył także Dryl. Zerknąłem zaskoczony na Gałgana, a ten, równie zdziwiony, pokręcił tylko głową.
- Co jest, kurna? – zapytałem.
Gałgan wzruszył ramionami, a ja zmarszczyłem tylko brwi i poprawiłem koszulę tak, by materiał nie wrzynał mi się we wciąż palące razy na plecach.
- Nie myślałem, że Brawura tak mocno cię obił... – szepnął Gałgan.
- A mocno obił? – rzuciłem z lekkim uśmiechem.
- Mocno. – Gałgan pobladł nieco.
- No to nie daj mu się tak lepiej pobić – poradziłem. – Bo to pierońsko boli, zaufaj mi.


CzytamKomentuje

CzytamKomentuje

Obserwatorzy

...

...