Tablica ogłoszeniowa

SPAM pozostawiamy w zakładce "Dezerterzy". Z innych miejsc będzie usuwany.
~*~
Zapraszam do zapoznania się z zakładką "Akta", gdzie znajdziecie wszystkie części dotąd opublikowanych opowiadań, a także do zakładki "Mapy", gdzie odnajdziecie coś na temat miejsc, gdzie rozgrywa się akcja opowiadań.
~*~
Czytasz? Skomentuj! To naprawdę pomoże mnie i mojej pracy.

sobota, 28 lutego 2015

Nietykalny I.III

III

Straż
Drugi etap życia Żołnierza, ci z Młodej Straży, co odznaczyli się już jakimiś osiągnięciami, wzięli udział w wystarczającej liczbie bitew lub zasłużyli się heroicznym czynem. Mężczyźni w sile wieku, wymyślający swoje imiona lub poddający się nadaniu imienia, dokonują wyboru swojego symbolu, rodu lub broni. Większość z nich zakłada swoje własne klany żołnierskie, najodważniejsi i najbardziej doświadczeni mogą otrzymać już przydziały Młodej Straży.

Aby stać się członkiem Straży, potrzeba bardzo wiele. Gdy już się dostało do Akademii, odbyło swój trening zarówno tam, jak i u Mistrza, a następnie ze szczęściem, odwagą i umiejętnościami przeżyło wystarczająco wiele walk, można było postarać się o status Straży. Aplikant wnosił wniosek za poręczeniem innego, wyżej postawionego Żołnierza, a jego podanie rozpatrywane było na najbliższym spotkaniu Władczyń. Gdy te zgodziły się na awans, członek Młodej Straży składał swój mundur i broń, dostawał nową odzież i zbroję, a także wykuwano mu specjalny, charakterystyczny dla niego i indywidualny rynsztunek, po czym przestawał być członkiem Młodej Straży i stawał się członkiem Straży.
W Pałacu znajdowały się specjalne kwatery dla Straży. Nie były to jeszcze apartamenty dla Honoru lub Chwały, ale już miały w sobie elementy luksusu i atrakcyjności. Sprzątaliśmy je wraz z innymi nietykalnymi raz dziennie, spokojnie więc mogłem obejrzeć sobie obłożone miękkimi skórami łoże, księgi wypełniające szafy i błyszczące, srebrne naczynia.
Do Straży należała większość wyżej postawionych Żołnierzy. Strażą był Dryl i Rygor, a także Kord, ochroniarz najjaśniejszej Drugiej Władczyni, Doktryny.
I to właśnie Dryl rozmawiał teraz z Rygorem, co rusz spoglądając w moim kierunku, gdy cicho i posłusznie naprawiałem koła w wozie.
- Szykują się kłopoty – burknął Dezerter, strugając nieopodal mnie deski.
Dezerter był w moim wieku, mniej więcej mojego wzrostu i mocno bardziej trzymał się życia bez bólu i poniżenia niż ja. Jemu, tak jak Gałganowi, wystarczyło tylko kilka batów od Dryla i kilka krzyków od Rygora, by szybko nauczył się, gdzie jest jego miejsce.
- To moje kłopoty – mruknąłem, dźwigając w górę wóz. – I twój pieniek.
- Co? – zdziwił się Dezerter.
- Podaj pieniek pod wóz – rzuciłem nieco rozbawiony.
Dezerter zerwał się z miejsca i podłożył pod wóz pień. Powoli opuściłem karocę i zająłem się zdejmowaniem zepsutego koła z osi.
- Skąd ty masz tyle siły? – zapytał Dezerter. – Ledwo rankiem obili cię do nieprzytomności.
- Jest już wieczór – sapnąłem, szarpiąc się z kołem.
- Bardzo zabawne, Strach...
- A no trochę – odparłem, w końcu ściągając koło. – Będą mi potrzebne trzy szprychy. I chyba trzeba nagiąć deskę na koło, ta jest do niczego.
Dezerter skinął głową i zabrał się za struganie drewna. Westchnąłem ciężko i otarłem z czoła pot. Dezerter mógł twierdzić, że jestem silny, ale tak naprawdę czułem się dzisiaj bardzo, bardzo słaby. Rozorane przez razy Brawury plecy paliły mnie jak polewane wrzątkiem, a mięśnie, dziwnie drżące i niepewne, też miały na dziś dość.
- Co oni się tam tak drą? – zapytałem, wskazując głową na zbiegowisko ludzi po drugiej stronie ogrodu.
- Jakiś z Młodej Straży podszedł do zadania – odpowiedział Dezerter. – Przywieźli mu nawet kota z Nieludzkiego Lasu.
- Biedne zwierzę – mruknąłem, oczyszczając oś z błota i kurzu. – Musi się z nimi męczyć.
- Strach...
- Wiem, wiem, morda w kubeł. – Wzruszyłem ramionami.
Dezerter zrobił niezadowoloną minę i zabrał się za swoją pracę. Większość wiedziała, jak bardzo niewyparzony mam jęzor i jak łatwo jest sprawić, bym dostał kilka dodatkowych batów. Mimo wszystko jednak nietykalni trzymali się razem i upominanie mnie uznawali już chyba za swój obowiązek.
Z pomocą Dezertera naprawiłem koło i razem założyliśmy je na wóz. Naprawiony, odstawiliśmy do magazynu i skierowaliśmy się do kwater, by odnaleźć Dryla i otrzymać kolejne zadanie od niego.
- Pani. – Dezerter nagle zatrzymał się i pociągnął mnie za kark ku ziemi.
Wiedział, co robi. Jak na nietykalnego miałem niemiły zwyczaj rozglądania się wokoło i zwracania uwagi na rzeczy i osoby, na które nie miałem prawa zwracać uwagi. Jak dla przykładu na nasze najjaśniejsze Władczynie.
Pochylony w pół nie widziałem wiele. Ręka Dezertera na moim karku, mimo że już zdjęta, paliła żywym ogniem, rozogniając razy zadane rano przez Brawurę. Zacisnąłem zęby i zmrużyłem nieco oczy, by nie pozwolić łzom bólu wypłynąć na wierzch. Szybko jednak spojrzenie zaszło mi mgłą, otarłem więc powieki wierzchem dłoni i nieco się wyprostowałem, nie chcąc, by łzy znów rozlały mi się po oczach.
Gdy odjąłem rękę od powiek, sam zamarłem, nie spodziewając się aż tak niespotykanego widoku. Władczynie widziałem tylko czasami i to tylko z bardzo daleka, gdy po drugiej stronie Wielkiej Sali Pałacu usługiwaliśmy Młodej Straży. Słyszałem wiele o tym, że są wyjątkowo piękne i młode, ale dopiero teraz, gdy jedna z nich znajdowała się niespełna dwa metry ode mnie, mogłem tym wszystkim słowom przyznać rację.
To musiała być trzecia z nich, Idea. Z tego co wiedziałem, była młodsza nawet ode mnie i przyznać musiałem, że status królowej pasował do niej idealnie. Złote, długie włosy upięte były srebrnymi łańcuszkami luźno tak, by nie przysłaniały twarzy, ale by kaskadą słonecznego blasku spływały po ramionach i plecach. Ciało okryte było zwiewną, białą szatą, otulającą zgrabne nogi, krągłe biodra i pośladki, wąską talię i pełny, zachwycająco pełny biust.
- Nie, nie, nie... wracaj do Doktryny Kord – usłyszałem jej głos.
Miał miłe brzmienie, spokojne, stanowcze i kobiece, delikatne i nie znoszące sprzeciwu.
- Pani moja... – zaczął Kord.
- Do Doktryny – burknęła Idea, zakładając ręce na pierś. – Nie jestem dzieckiem, Kord.
- Moja pani nalegała...
- A ja ci rozkazuję!
Kord, wysoki brunet w ciężkiej, skórzanej kurtce, zrobił nieco niezadowoloną minę. Jego spojrzenie nieopatrznie osiadło na mnie, stojącym nieopodal, bezczelnie wpatrzonym zarówno w niego, jak i we Władczynię.
- Hej, ty! – warknął ku mnie, a Idea dopiero teraz zwróciła na mnie uwagę.
Zjeżyłem się jak kot i już miałem zamiar pochylić się i błagać o litość, gdy coś innego zwróciło moją uwagę, uniemożliwiając mi ukłon uniżenia.
- Kot... – szepnąłem.
- Jak śmiesz tak się gapić? – uniósł się Kord.
- To kot! – krzyknąłem.
Zarówno Kord, jak i Idea poruszyli się zaskoczeni moim krzykiem, krzykiem nietykalnego, kogoś, kto powinien był milczeć i służyć. Kord otrząsnął się jako pierwszy i ze wściekłą miną ruszył w moją stronę.
- Bezczelny! – warknął.
Syknąłem i odsunąłem go na bok, układając dłoń na jego piersi i odpychając go od siebie. Upadł na ziemię tuż przy Dezerterze, który blady i przerażony nie śmiał nawet ruszyć się z miejsca. Idea krzyknęła cicho i cofnęła się o krok, co właściwie było mi na rękę. Stanąłem przed nią i wyciągnąłem ręce, przyjmując na siebie potężny atak.
Kot z Nieludzkiego Lasu musiał urwać się z walki i postanowił poszukać sobie nieco więcej wolności. Pędzącego w naszym kierunku nie sposób było tak łatwo zatrzymać. Widząc mnie, stojącego z rozłożonymi rękoma, zawarczał i skoczył w przód, uderzając we mnie swoim ciałem.
Nigdy nie walczyłem z kotem. To było potężne, ciężkie i silne zwierzę i ledwo co ustałem na nogach, gdy jego cielsko zwaliło się na mnie. Warknąłem, gdy zęby wtopiły się w moje ramię, a pazury zahaczyły o drugą rękę i tors. Zdzieliłem kota pięścią po głowie, a gdy nie wypuścił mnie z uścisku swoich szczęk, zrobiłem to jeszcze raz i kolejny. Zwierzę cofnęło się, odskakując zgrabnie, zlizując z wąsów moją krew.
Nie wiedziałem teraz, co bolało mnie bardziej – razy Brawury, czy zatapiające się we mnie kły. W gruncie rzeczy stwierdzić mogłem, że ból był w miarę porównywalny, choć, gwoli ścisłości, wolałem walkę z kotem.
No bo... tak jakoś... tu mogłem walczyć.
Poczułem jak do głowy uderza mi adrenalina, pulsującym tokiem wpływając mi do żył i roznosząc się po ciele. Pochyliłem się nieco i spod grzywki przyjrzałem się mojemu przeciwnikowi.
Kot był rozwścieczony, ranny i zdesperowany. Zrobiło mi się go żal, przez chwilę, krótką, na tyle długą, na ile mnie nie zaatakował.
Bardzo krótką.
Gdy skoczył tym razem, zwalił mnie z nóg. Przytrzymałem jego łeb z daleka od siebie, nie chcąc już czuć tych wtapiających się we mnie zębisk. Nie wiedziałem, ile tak wytrzymam, wpatrzony w paszczę śmierci i właściwie przestało mnie to nieco obchodzić.
Chciałem, by się to już skończyło. Tak albo inaczej.
Kot zacharczał nagle i z jego pyska lunęła czerwona krew, zalewając mi twarz. Wyplułem to instynktownie, zwalniając nieco uścisk. Ciężkie ciało kota opadło na mnie, przygniatając moje płuca. Na chwilę straciłem oddech, świat zawirował mi przed oczyma, zaraz jednak otrząsnąłem się i odepchnąłem od siebie truchło zwierzęcia.
Wokoło mnie biegali ludzie, krzycząc coś i wiwatując. Słyszałem kilka ostrych głosów, gdzieś w oddali wołał Dryl, gdzieś tam też jęczał Gałgan i Dezerter. Przetarłem twarz ręką i wyplułem mieszaninę śliny i krwi kota na ziemię, po czym powoli, bardzo powoli podniosłem się i nieco instynktownie ruszyłem do kwater nietykalnych.
Nie zrobiłem nawet dwóch kroków, gdy ktoś zatrzymał mnie, mocno i pewnie łapiąc za ramię. Uderzyła mnie nagła cisza, która zapadła wokoło. Podniosłem rękę do oczu i otarłem powieki wierzchem dłoni, by nieco lepiej widzieć, co się dzieje.
Obok mnie stał Wiarus, z dziwną, niezbadaną miną. W jego ręce tkwiła zakrwawiona, krótka włócznia i domyśliłem się już, kto przebił czaszkę kota. Zrobiło mi się nieco głupio, gdyż ze wzroku Żołnierza wyczytałem tylko i jedynie uraz do tego, że jeszcze nie dziękowałem mu za ocalenia życia.
- Chcesz coś powiedzieć? – zapytał mnie.
- Ja... – szepnąłem. – Dziękuję. Za ocalenie. Mi życia. Czy coś.
Wiarus uniósł nieco jedną brew do góry i wiedziałem już, że to „czy coś” to mogłem sobie podarować. Byłem jednak zbyt zmęczony i zbyt obolały, by jeszcze nad tym myśleć.
I wcale nie chciałem też myśleć o tym, dlaczego nagle Żołnierz Chwały wybuchł gromkim śmiechem.
- Chłopcze – zaczął rozbawiony – zatrzymałeś kota gołymi rękoma i dziękujesz mi za ocalenie życia? Dryl! Daj mu wina i każ opatrzyć.
Zaskoczonego z placu odciągnął mnie Dryl i razem z Dezerterem wprowadzili mnie do kwater. Usadzono mnie na moim sienniku i opatrzono, wciąż katatonicznie zaskoczonego całą sytuacją.
Bardzo katatonicznie zaskoczonego. Bardzo.


wtorek, 24 lutego 2015

Nietykalny I.II

II

Młoda Straż
Pierwszy stopień Żołnierza. Ci, którzy otrzymali broń i zbroję od Władczyń, ruszają na swoje pierwsze bitwy i starcia, starając się przynieść chwałę sobie i Argus. Stanowią największą część Żołnierzy, są zazwyczaj młodzi, brutalni i nierozważni. Ponad połowa ginie w młodym wieku.

Aby stać się członkiem Młodej Straży potrzeba wiele. Przede wszystkim należy urodzić się w jednym ze szlacheckich rodów. Rekrut zgłasza się do Akademii, gdzie ukazuje Rektoratowi swoje imię, nazwisko i emblemat szlachecki. Zostaje on wtedy przydzielony do swojej nowej, trzyosobowej drużyny, która pod opieką jednego z Żołnierzy Honoru lub Chwały szkoli się do walki i zabijania. Treningi trwają rok, czasami dwa, a czasami i dziesięć lat.
Świeżo upieczeni członkowie Młodej Straży mają prawo wyruszać na własne bitwy i wojny, wedle swojego uznania zaciągając się do armii tego lub innego władcy. Mają też prawo wstępu do Pałacu, gdzie mogą otrzymywać nowe zadania i misje, gdzie mogą też odpocząć i potrenować pod okiem bardziej doświadczonych wojowników.
No i, przede wszystkim, zyskują wtedy niepisane prawo poniżania nietykalnych.
Brawura bardzo boleśnie zemścił się za incydent z Wiarusem. Na głównej Sali obił mnie tak mocno, że z kamiennej posadzki ściągali mnie Rygor i Dezerter, a Gałgan przez godzinę ścierał z podłogi moją krew.
Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem nad sobą brudny i zapleśniały sufit kwatery nietykalnych. Obok mojego posłania siedziała Łach, cicho ucierając w małym moździerzu zioła. Większość mojego ciała bolała mnie niemiłosiernie, a gdy chciałem się podnieść, ból wzmógł się wielokrotnie.
Łach zareagowała na mój ruch niemal natychmiast. Była starszą, zmęczoną życiem i służbą kobieciną, ale jej chude, pomarszczone ręce były teraz dla mnie wyjątkowo silne. Ułożyła mnie na posłaniu i układając palec przy swoich ustach, pokręciła tylko głową.
- Babciu Łach, to na nic – szepnąłem. – Jutro będzie tak samo...
Kobieta skuliła się, a ja westchnąłem tylko ciężko. Łach uważała, że nawet gdy wokoło nie było Żołnierzy ani nikogo wyżej postawionego, nam, nietykalnym, wciąż nie było dane się odzywać. Nie wiedziałem, co przeżyła w swoim długim, pełnym udręki życiu nietykalnej, a ponieważ dawno, dawno temu przestała mówić, nigdy też nie mogła mi o tym opowiedzieć.
I być może tak było dla mnie lepiej. Byłem jeszcze młody i zapewne nieprzygotowany na tak drastyczne opisy z życia jednego, strudzonego nietykalnego.
Łach opatrzyła moje sińce i rany. Jej maści przyniosły nieco ulgi, wiedziałem jednak, że niedługo będę musiał wstać i wrócić do pracy, a sam ruch wystarczy, by każda z ran dała ponownie, boleśnie o sobie znać. Jeśli Brawura znów zechce uraczyć mnie kilkoma razami, skomląc, będę zwijał się z bólu pod jego stopami.
Wiedziałem o tym. Już nie raz i nie dwa tak było.
Łach po chwili pozostawiła mnie samego. Miała dużo obowiązków, samo zajmowanie się dziećmi i młodymi nietykalnymi było ciężkim zajęciem, a jeśli doliczyć do tego incydenty takie, jak mój, kobieta miała pomarszczone ręce pełne niewdzięcznej roboty.
Leżałem w bezruchu, starając się odpocząć tak szybko, jak tylko się to da. Zapadałem w krótkie drzemki, wybudzając się jednak na jakikolwiek dźwięk otoczenia. A było tego sporo – od płaczu maluchów w przegrodzie obok, przez krzyki służby w kuchni, aż po śmiechy Żołnierzy, walczących i spędzających czas w ogrodzie za Pałacem.
- Strach, wstań, przyjechała kolejna kompania, musimy oporządzić konie...
Kompania. Konie. Oporządzić. Wstań. Strach.
Westchnąłem ciężko i podniosłem się powoli ze swojego siennika. Gałgan, który wołał mnie do pracy, już wyszedł z kwater nietykalnych i zapewne był w połowie drogi do stajni. Nie mogłem sobie pozwolić na większe opóźnienie, gdyby Rygor lub Dryl zobaczyli, że się ociągam, dostałbym kolejne baty.
Wyszedłem na zalany słońcem teren za Pałacem. Większość miejsca tutaj zajmował ogród, gdzie ćwiczyli Żołnierze Honoru lub Chwały lub gdzie czas spędzała szlachetniejsza część naszej populacji, oddając się rozrywce czytania, śpiewania lub słuchania muzyki. W południowo-zachodniej części znajdowały się stajnie i magazyny, a także szeroka, kamienista droga, prowadząca na tyły Pałacu i całego kompleksu.
- Jak się trzymasz? – zapytał cicho Gałgan, gdy podszedłem do pierwszego konia, zgrzanego i lepiącego się od potu i brudu.
- Lepiej niż te konie – odparłem powoli. – Kto wrócił?
- Ojciec Brawury, Zawista – rzucił szybko nietykalny, rozglądając się niespokojnie wokoło. – Razem z drużyną.
- Dranie – burknąłem, ściągając z ogiera uzdę.
- Strach. – Gałgan zadrżał w obawie, kuląc się przy kolejnym wymęczonym zwierzęciu. – Daj spokój. I tak ledwo stoisz, po co ci więcej kłopotów?
- Tak dla rozrywki – odparłem z westchnięciem.
Wiedziałem, że jak na nietykalnego mam zbyt długi ozór i kiedyś to mnie zgubi, o wiele bardziej boleśnie i brutalnie niż kiedykolwiek bym przypuszczał. Nie wolno było mi się odzywać, nie mówiąc już nawet o komentowaniu poczynań pełnoprawnych obywateli. Krytykowanie Żołnierzy znajdowało się na szczycie listy głupot-których-jeszcze-nie-popełniłem-tak-by-mnie-przyłapali-ale-widać-zbliżałem-się-ku-temu-a-jakże.
Ściągnąłem z każdego z koni uzdy i siodła, po czym razem z Gałganem daliśmy każdemu ze zwierząt po wiadrze ciepłej wody. Wypiły je łapczywie, szukając więcej, mimo to wprowadziliśmy je do boksu i dopiero gdy umyliśmy je i wyczyściliśmy, dostały tyle wody, ile tylko pragnęły wypić. Każdemu z ogierów podaliśmy także zapas marchwi i owsa zmieszanego z ziołami.
- Dryl coś mówił jeszcze? – zapytałem.
- Tak, mamy naprawić uzdy i sklecić nowe pasy do siodeł. – Gałgan westchnął ciężko. – Nienawidzę ciąć skóry.
- Bo robisz to źle – mruknąłem. – Nauczę cię, inaczej dostanie ci się od Dryla, jak znowu zobaczy, że coś zmaściłeś.
Gałgan pokiwał ochoczo głową i ruszył za mną za stajnie, gdzie stały kadzie do farbowania i garbowania. Ściągnąłem ze stojaków kilka wyprawionych skór i pokazałem Gałganowi jak je przycinać ostrym, zakrzywionym nożem.
Gałgan był nieco ode mnie młodszy, nieco niższy i mocno bardziej zastraszony. Jemu Łach łatwiej wyjaśniła, jak należy się zachowywać i jemu to Rygor tylko raz pokazał bat, by wyperswadować głupie zagrywki. Mnie nauka takich rzeczy zajmowała sporo więcej czasu.
Nad skórami pracowało się ciężko, ale spokojnie. Tutaj, na tyłach stajni, do naszych uszu dochodziły tylko strzępy śpiewanych pieśni i nikłe krzyki walki, ale przede wszystkim nikt i nic nas nie zaczepiało, nie poniżało i nie popychało, co wbrew pozorom wielce sobie ceniłem.
- Mistrzu, to naprawdę nie jest...
- Dość.
- Ale...
- Powiedziałem dość.
Razem z Gałganem unieśliśmy głowy, gdy krzyki Dryla, jak dla mnie pierwszy raz nieco niepewne i zdystansowane, przedarły się wraz z obcym nam głosem do naszych uszu. Rozmówcy byli blisko i niezaprzeczalnie zbliżali się ku nam.
- Mistrzu, gdyby Mistrz jednak...
- Dryl.
- Tak, Mistrzu.
Zza stajni wypadło dwóch Żołnierzy. W pierwszym, wysokim i pewnym siebie, rozpoznałem Wiarusa, wojownika Chwały, który wczoraj uratował mnie przed razem Brawury. Za nim niespokojnie stał Dryl, niepewną miną wpatrując się to we Wiarusa, to, na Cnego i Szalbierza!, we mnie.
- Kiedy?
- Rankiem, Mistrzu – odparł Dryl.
Wiarus zacisnął zęby, a jego oczy spochmurniały. Nie wiedziałem, czy jego wrogowie czuli ten sam strach, który czułem teraz ja, wpatrując się w te niespokojne, ciemne oczy, ale jeśli tak, to rozumiałem już, czemu sam widok Wiarusa na polu bitwy powoduje jego wygrane.
Żołnierz Chwały podszedł do mnie i bez słowa podciągnął moją koszulę ku górze. Znieruchomiałem, pozwalając mu na wszystko, nie chcąc nawet myśleć o tym, co może nastąpić. Fakt faktem, słyszałem i o takich przypadkach, gdzie nietykalni służyli nie tylko ku zadowoleniu pychy i dumy Żołnierzy, ale także i całkiem innemu zadowoleniu, nigdy jednak nie dawałem wiary takim opowieściom, a mój umysł, jeszcze niewinny i naiwny w tej kwestii, nawet nie dopuszczał takich myśli do siebie.
- Pierdolony Brawura! – warknął Wiarus, a zarówno ja, jak i Gałgan skuliliśmy się ze strachu. – Gdzie jest ten szczeniak!?
- Mistrzu, to nie... – zaczął Dryl.
- Dość! – Żołnierz Chwały już drugi raz podniósł swój głos, władczy i wibrujący.
Wiarus opuścił moją koszulę i wyszedł zza stajni, a za nim z niepewną miną ruszył także Dryl. Zerknąłem zaskoczony na Gałgana, a ten, równie zdziwiony, pokręcił tylko głową.
- Co jest, kurna? – zapytałem.
Gałgan wzruszył ramionami, a ja zmarszczyłem tylko brwi i poprawiłem koszulę tak, by materiał nie wrzynał mi się we wciąż palące razy na plecach.
- Nie myślałem, że Brawura tak mocno cię obił... – szepnął Gałgan.
- A mocno obił? – rzuciłem z lekkim uśmiechem.
- Mocno. – Gałgan pobladł nieco.
- No to nie daj mu się tak lepiej pobić – poradziłem. – Bo to pierońsko boli, zaufaj mi.


wtorek, 17 lutego 2015

Nietykalny I.I

„Odwaga to strach
przetrzymywany o jedną chwilę dłużej.”

~ George Patton



Część I
Argus, Szarada, Pałac:
Strach


I

Nietykalni
Grupa społeczna okryta największą hańbą, pozbawiona praw i możliwości służby wojskowej (w tym pozostania Żołnierzem), głosowania w zgromadzeniach i otrzymywania płac. W większości chromi lub mocno okaleczeni, niezdolni, by odbywać służbę wojskową lub zbyt tchórzliwi, by stawić czoła wrogom. Odsunięci na margines społeczny, wykonujący prace niewolników.

Aby stać się nietykalnym, nie trzeba wiele. Wystarczy choćby mieć nieszczęście urodzić się upośledzonym, na umyśle lub na ciele. Każdy chory od urodzenia automatycznie przenoszony jest do nietykalnych, gdzie wychowuje się go w zamyśle jego niewolniczej pracy. Jeśli wychowuje się go w ogóle.
Innym, dość łatwym też sposobem, jest okaleczenie za młodu. Młody Żołnierz, który doznał poważnej rany w czasie walki, rzadko nie decyduje się na samobójstwo, ale gdy zdarzy się i taki, szybko trafia z drogi chwały na drogę poniżenia.
Bywają też Żołnierze zbyt tchórzliwi, by wziąć udział w walkach. Uciekając przed wrogiem w celu ratowania własnego, nędznego życia wpadają w łapy doświadczonych wojowników, którzy nigdy nie mają litości. Ani wtedy, ani potem, gdy biedni tchórze zlizują z ich butów pył i brud.
Mogę się czuć wyjątkowy. Nie jestem chromy, nie jestem też okaleczony. Nigdy nie miałem możliwości wzięcia udziału w walce, ale wiem, że nie stchórzyłbym. A mimo to jestem jednym z nietykalnych. Przez krew mojej matki przekleństwo inności przeszło także i na mnie.
Nie znam dokładnie historii mojej rodzicielki i wątpię, by znał ją ktokolwiek z mi znanych osób. Wiem tylko, że była nietykalna, skażona i gdy mnie rodziła, wielki Cny zdecydował się ukrócić jej męki i zabrał ją ze sobą. Pozostałem ja, narodzony z nietykalnej.
Czasami miałem nadzieję, że nad moim losem odbywały się dyskusje i rozważania, czy może jednak mógłbym zostać w przyszłości wojownikiem. Wiem jednak, że nic takiego się nie stało. Jak każde inne nietykalne, nowo narodzone dziecko zostałem wrzucony do kosza i oddany pod opiekę Łach, nietykalnej mamki dla nietykalnych dzieci. Gdy tylko byłem zdolny stanąć o własnych nogach i wykonywać proste czynności, zagoniono mnie do pracy.
Życie nietykalnego wcale nie jest takie nietykalne, jakby się zdawało. Popychano mnie i bito, gdy tylko wyszedłem spod opieki mamki. Nie ma dnia, abym nie wracał posiniaczony, nie ma tygodnia, aby Łach nie nacierała mi przeoranych przez bat pleców. Żołnierze, pełnoprawni i dumni, nigdy nie spojrzeli na mnie z litością. Litość oznaczałaby, że jestem im równy, a przecież tak nie jest, nie było i nigdy nie będzie.
Bycie nietykalnym wiąże się z poniżeniem i milczeniem. Nie wolno nam się odzywać, w żadnej sytuacji, w żadnym wypadku. Jestem robakiem, który zlizuje proch z ich nóg. Znam swoją rolę. Nawet, gdy okładają mnie bez litości.
A właśnie tak się teraz działo.
Klęczałem u stóp Brawury, jednego z Młodej Straży, świeżo upieczonego Żołnierza. Było w nim tyle nierozwagi i braku doświadczenia, co brutalności i żądzy krwi, a te dwie ostatnie, z braku walki, dawały o sobie znać bolesnymi uderzeniami w moją stronę. Przewróciłem się, gdy okuty w stal but znalazł się na moim ramieniu.
- Wstawaj! – warknął Brawura, rzucając we mnie ceramicznym dzbanem na wodę. Naczynie odbiło się od mojego ciała i z głośnym trzaskiem rozbiło na kamiennej posadzce. – Przynieś mi wody, łachmyto! No już!
Podniosłem się powoli, obolały i wściekły. Nie wolno mi było się odezwać, nie wolno mi było się sprzeciwić. Poniżenie, ukorzenie, służba. Oto kredo nietykalnych. Te trzy słowa odzwierciedlały wszystko to, co przyszło mi wyznawać w moim życiu niewolnika. Mieliśmy słuchać pełnoprawnych Żołnierzy, mieliśmy im służyć, byliśmy nikim. Oto los zrodzonego z krwi nietykalnej. Byłem tego w pełni świadomy. Nie mogłem, nie miałem prawa sprzeciwić się Brawurze. Może jednak byłem za głupi, może za odważny, może zbyt strachliwy, a może zbyt dumny.
Tak, czy siak, w tamtej chwili nie ruszyłem się z miejsca.
- Śmieciu! – ryknął Brawura.
Widziałem jego dłoń, pędzącą w moją stronę, zaciśniętą mocno i pewnie. Nie miałem wątpliwości, że cios będzie bolał jak diabli i w małej sekundzie tej całej sytuacji wręcz żałowałem, że nie pobiegłem po wodę dla Brawury. Bałem się, jak cholera się bałem i ze strachu nie potrafiłem nawet skulić się u stóp mego oprawcy.
Cios jednak nie nadszedł. Ktoś zablokował rękę Brawury.
- Draniu! – zaczął z wściekłością młody Żołnierz.
- Hamuj swoje czyny, Brawura.
Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony całą sytuacją – ja, czy Brawura. Ostatecznie jednak wpatrywaliśmy się obaj w przybyłego z mieszaniną zdziwienia i strachu.
Słyszałem o tym potężnym Żołnierzu, który w pewnym i silnym uścisku trzymał teraz ramię Brawury. Miał na imię Wiarus i niewielu miało odwagę jeden na jednego walczyć z nim o jego chwałę i jego honor.
Był wyższy od Brawury, wyglądał także na bardziej umięśnionego. Zarówno twarz, jak i pozostałą część ciała zdobiły nie raz paskudnie wyglądające blizny, symbole chwały. Długi, szkarłatny płaszcz zwisał mu z jednego ramienia, a zbroja, średniej klasy, uniwersalnego rodzaju, choć nieco zużyta i wiele razy naprawiana, lśniła czystością.
- Puść. – Brawura otrząsnął się i wyrwał ramię z uścisku Wiarusa. – To tylko głupi nietykalny.
- Może – przyznał spokojnym tonem Wiarus. – Nie chodzi mi o niego, Brawura.
- Więc? – Młody Żołnierz dumnie uniósł głowę.
- Niepotrzebnie rozbiłeś dzban – zauważył Wiarus, wskazując na potłuczone naczynie u stóp Brawury. – Mniemam jednak, że skoro to zrobiłeś, jesteś już najedzony i napojony. Wróć do domu.
- Nie możesz...
- Do domu! – Wiarus pierwszy raz podniósł ton głosu.
Brawura warknął cicho i zebrał ze stołu swoją broń. Z Sali wyszedł wściekły, ze złością uderzając w drzwi. Wiarus tymczasem odetchnął głęboko i spojrzał na mnie z uwagą.
Byłem przyzwyczajony do tego, że patrzono na mnie z góry, z poczuciem wyższości i lepszości. Miałem też ogromne doświadczenie w znoszeniu spojrzeń pełnych pogardy i złości. Nie było nic dziwnego w poniżaniu nietykalnych, czyż nie? Taki był los niewolników – poniżenie, ukorzenie, służba...
Być może dlatego tak bardzo zaskoczył mnie wtedy wzrok Wiarusa. Żołnierz Chwały bowiem spoglądał na mnie z zimnym dystansem, tak wszelako odmiennym od wściekłego i pełnego pogardy wzroku innych. Skinąwszy głową na potłuczony dzban, rzucił spokojnym głosem:
- Posprzątaj to.
Skinąłem tylko cicho głową i pochyliłem się nad kawałkami dzbana, ukradkiem obserwując poczynania Wiarusa. Żołnierz odwrócił się i usiadł przy szczycie stołu, niedaleko Władczyń, gdzie w milczeniu zajął się swoim posiłkiem. Jego postawa i osoba całkowicie mnie zdumiały – nigdy nie widziałem tak spokojnego i władczego Żołnierza.
Nim jednak zdołałem bardziej się nad tym zastanowić, Rygor, zarządca stołówki pałacowej, ostrym głosem wołał mnie do siebie.


poniedziałek, 9 lutego 2015

Łowca


Czarne Ziemie, Zona – Miasto Umarłych

Było dość ponuro i brudno, na dodatek z wyłomów zawalonego magazynu wiał nieprzyjemny wiatr, zagarniając ostre odłamki lodu do wnętrza. Pomimo maski płuca mroziło zimne, grudniowe powietrze, a choć wziął już kilka leków, bał się, że wraz z nieprzyjemnym powietrzem do jego ciała dostanie się coś jeszcze bardziej nieprzyjemnego.
A nie chciał zginąć od tej dziwnej zarazy jak Szyldwach – z płatami skóry odchodzącymi od ciała, białymi, wypalonymi oczyma i w nieustannym krzyku z bólu.
I nie chciał też żyć jak wszyscy. Nie chciał być samotny, głodny, chory i opuszczony, nie chciał liczyć na szczęście, nie chciał myśleć o tym, jak dożyć kolejnego dnia. Nie chciał nie mieć już nikogo przy sobie...
Stary Kostuch powiedział, że w głębi zonańskiego kompleksu znajdzie coś, co pomoże mu spełnić marzenia, co pozwoli uciec od wszystkiego tego, czego tak bardzo się bał. Ale właściwie jemu samemu wystarczyło by to, by wróciła.
Przy niej nie bał się niczego. Mógł być głodny i chory, ale pod dotykiem jej ręki ból trudu życia znikał – liczyła się tylko ona. Czy to nie dziwne? On, poszukiwacz, żołnierz, najemnik, zabijaka, tajał pod jednym, delikatnym dotykiem kruchej, kobiecej dłoni. Nie wiedział, czy można było jakoś określić ten stan i działanie tego dziwnego związku on – ona, ale całkiem możliwe, że być może ją kochał.
Zsunął się po hałdzie gruzu, starając się nie rozedrzeć stroju na ponuro wyrastających ze stosu śmieci żelaznych pętach. Podpierając się jedną ręką, drugą mocno przyciskał do piersi swoją kuszę – zdobycz z ostatniego wypadu. Zabrał nie tylko ją, za paskiem schowany i gotowy do użycia czekał na niego miecz, a w razie końca świata przy bucie zaczepiony był nóż.
Skłamałby, gdyby powiedział, że się nie bał. Wszyscy wiedzieli, że wyprawa do wnętrza zonańskiego kompleksu była samobójstwem, o czym również napomknął mu nie tylko jego zdrowy rozsądek, ale i Kostuch. Starzec jednak wpierw uraczył go słodkimi marzeniami i obietnicami ich spełnienia– a wobec tak wielkiej pokusy żaden rozsądek, jego własny, czy cudzy, nie miał nic do gadania.
Po terenie opuszczonego miasta miotał się już od kilku godzin, myszkując za jakimkolwiek śladem spełnienia jego marzeń. Kilka razy natknął się na węszące tu i tam ślepe psy, raz o mało co nie wlazł na plecy oszalałego dzika. Przemykał się na wpół zawalonymi korytarzami, przeglądając także co ciekawsze miejsca w poszukiwaniu artefaktów i rzeczy na sprzedaż. Nie chciał by w razie porażki jego głównego planu wycieczka do miasta okazała się stratą energii i czasu.
Jego zmysł i instynkt przetrwania ukuł go mocno w świadomość. W głębi korytarza, do którego podszedł, ciemność i bezruch nie pozwoliły mu określić poziomu bezpieczeństwa, ale wiedział, że nie wróci już tutaj ponownie i albo sprawdzi to teraz, albo pozostanie to dla niego tajemnicą na zawsze.
Chwycił mocniej kuszę i zaryzykował.
Przejście było ciche i mroczne, a światło jego lampy przecinało ciemność niczym ostrze miecza. Stukot jego butów raził go za każdym razem, wywołując nieprzyjemny dreszcz, wrzynając się w uszy hukiem głośnym niczym grom. Korytarz z każdym metrem obniżał się nieznacznie, a już po kilku minutach marszu zimne powietrze z górnych poziomów zniknęło, pozwalając na głębokie oddechy ciepłą, ale suchą mieszaniną gazów.
W końcu, znalazłszy się u wylotu korytarza, rozejrzał się po dużym magazynie i z zaskoczeniem przystąpił krok naprzód. Mocny strop podziemnego składu popękał tu i ówdzie, ale utrzymywany przez stalowe filary nie poddał się próbie czasu i kataklizmu. Walające się wokoło śmieci, zepsuty sprzęt, wykruszone skrzynie i potargane stroje nie były niczym niezwykłym w opuszczonej fabryce, ale teraz, w obliczu stojącego pośrodku monolitu wydawały się prowokacyjne i bezduszne.
Ogromny kryształ pulsował zielonym i białym światłem, dając jasny znak tego, jak niezwykłą osobliwością jest.
Nie wiedział, czy to jest to, czego szuka, czy to legendarny Dosyt, czy to jego nadzieja, ale skoro zaryzykował już raz, zaryzykuje dziś i drugi.
- To jest moje marzenie! Chcę, byśmy znów byli razem! – zakrzyknął. – Chcę znowu ją spotkać!
Monolit zabłyszczał, wydając z siebie monotonny, przeszywający jazgot. Dysząc ciężko Łowca zastanawiał się, czy życzenie już się spełniło, czy może będzie musiał nieco poczekać, czy ona już jest w jego kwaterze, czy pojawi się tam dopiero za chwilę.
Błysnęło światło, jasne i zimne. Przed oczyma buchnęła mu fala kolorów, najpierw błękitu i zieleni, zaraz potem czerwieni i żółci. Przestał czuć cokolwiek, zaraz potem ogarnęło go przyjemne ciepło, a kobiecie, kruche dłoni otoczyły jego ciało.
Tak, życzenie się spełniło. Marzenia stały się rzeczywistością.

- Ładny strzał, Brawura! – zarechotał Zamiecha, pochylając się nad przestrzeloną głową Łowcy. – Nie ma co, masz fach w oku, stary.
- Głupota – parsknął strzelec, zabierając od trupa kuszę i broń. – Gadać do siebie w środku takiego miejsca. Marzenia i tak się nie spełniają. Nie tak...


CzytamKomentuje

CzytamKomentuje

Obserwatorzy

...

...