Tablica ogłoszeniowa

SPAM pozostawiamy w zakładce "Dezerterzy". Z innych miejsc będzie usuwany.
~*~
Zapraszam do zapoznania się z zakładką "Akta", gdzie znajdziecie wszystkie części dotąd opublikowanych opowiadań, a także do zakładki "Mapy", gdzie odnajdziecie coś na temat miejsc, gdzie rozgrywa się akcja opowiadań.
~*~
Czytasz? Skomentuj! To naprawdę pomoże mnie i mojej pracy.

wtorek, 1 września 2015

Nietykalny I.V


Chwała
Ostatni etap stopni Żołnierza, ci, którzy stali się najsilniejsi ze wszystkich. Sława o ich czynach rozchodzi się daleko poza granice Argus, a oni sami stanowią legendę i wzór do naśladowania. Najczęściej będący w stanie spoczynku, stanowią element doradczy, wykonawczy lub stanowiący prawo obok Władczyń.

Aby stać się członkiem Chwały potrzeba niewyobrażalnie wiele. Status ten zarezerwowany jest dla jednostek wybitnych, bohaterów narodu, wzorów, do których każdy z Żołnierzy powinien był dążyć w każdej chwili swojego życia. Samo imię Żołnierza Chwały wzbudza zachwyt, strach i uwielbienie, samo imię wystarcza, by wrogowie czmychali w popłochu. Ich kunszt walki, doświadczenie i umiejętności są nieporównywalne z żadnymi innymi.
Członkiem Chwały nie mogą ogłosić Żołnierza nawet Władczynie. To lud i wrogie wojska nadają ten status, gdy Żołnierz staje się tak bardzo rozpoznawalny i heroiczny.
Słyszałem, że Wiarus nie pracował aż tak długo na swój status. Był w kwiecie wieku, nie osiągnął nawet pięćdziesięciu lat, a bycie tak młodym Chwałą to nie lada osiągnięcie. Ale wszystko, co musiał spełnić dla tego statusu, spełnił.
W dalekim kraju, w Sołdacie, leżącym nad Morzem Grzmotów toczyła się kiedyś bitwa. Wiarus wraz z innymi naszymi Żołnierzami walczył tam pod sztandarem Swołoczy, naszego zachodniego sąsiada, od wieków będącego w nienawiści z Sołdatem. W czasie tej bitwy Wiarus starł się z generałem wrogich wojsk, Pierwszym Mieczem Sołdatu, Protektorem Swady. I choć przegrał ten pojedynek, przez tego wojownika nazwany został wielkim, bo jako jedyny nie uciekł z pola bitwy, bo jako jedyny bronił koszar do końca, bo jako jedyny śmiał się śmierci w twarz. W tamten dzień nie zburzono koszar. W tamten dzień Pierwszy Miecz odszedł z uśmiechem na ustach, zapowiadając jedynie kolejny bój.
Koszary zniszczono dzień później.
Wiarus był wtedy w drodze do Swady, stolicy Sołdatu. Tam wyleczono go i z honorami odprawiono, przesyłając do Pałacu wieści o tym, jak wielkiego i odważnego wojownika mają.
Ciekawiło mnie, czy Wiarus czasami myślał o tym pojedynku. Czy wspominał go i rozpamiętywał. I czy wyglądał przy tym tak, jak teraz, gdy spokojnie, beznamiętnie i cicho wpatrywał się we mnie, przyjmującego baty od Rygora.
Zarządca stołówki nie szczędził na mnie swojej siły. Nie wiedział jednak, że po dziesiątym uderzeniu bat już niewiele robił na moich rozoranych plecach. Nie bolało ani mniej, ani więcej, bolało jedynie stale i nieprzerwanie. Oparty czołem o pal, czekałem aż skończy, by móc znowu położyć się na sienniku.
Dziś, o dziwo, pierwszy raz w życiu, mając wolne.
- Wystarczy! – usłyszałem ostry głos Patrola, który z polecenia Pierwszej przyszedł nadzorować wymierzanie kary. – Zabierz go stąd.
Rygor zwinął bat i podniósł mnie z klęczek. Czułem jak po plecach ścieka mi krew, jak wszystkie rany i te zadane przez Brawurę, i te rozorane przez kota oraz te zarobione teraz, palą żywym ogniem, wciskając niemal do moich oczu łzy. Chwilę później leżałem już na sienniku, brzuchem ku dołowi, pozwalając, by Łach otarła mi z pleców krew.
Gdy zasnąłem, nie czułem nic. Na szczęście. Ale gdy tylko otworzyłem oczy, palące rany na plecach znów mocno dały się we znaki. Z jękiem podniosłem się, odpychając rękoma od siennika, najpierw do pozycji klęczek, a potem powoli na własne nogi.
- Wszystko w porządku? – usłyszałem cichy głos Dezertera.
- Tak – szepnąłem, wychodząc z kwater. – Dużo pracy?
- Jak zawsze – wzruszył ramionami Dezerter. – Gdzie idziesz?
- Umyć się – rzuciłem.
Minąłem nietykalnego, który na progu kwater i kuchni obierał słodkie owoce na obiad. Przez tylny korytarz wydostałem się do ogrodów, a potem dalej, za stajnie i gęste krzewy z tyłu pałacowego kompleksu. Znajdowało się tam nieduże jeziorko, powstałe przez tysiącletnie rzeźbienie głębi ziemi przez wodospad, łagodnie szumiący i spływający z wysokiej skalnej półki.
Ściągnąłem powoli koszulę, obserwując krwawe ślady na materiale w miejscu, gdzie ubranie dotykało moich pleców. To musiał być nieprzyjemny widok i zastanawiałem się, jak długo jeszcze będzie mnie to wszystko boleć.
Ściągając spodnie i bieliznę pomyślałem, że pewnie długo.
Wszedłem powoli do wody, pozwalając by chłodna i czysta ciecz ukoiła nieco ból i zmęczenie. Zanurzyłem się cały i siedziałem tak pod wodą długo, obserwując pływające ryby i falujące wodorosty.
Gdy zabrakło mi tchu, wypłynąłem.
- Już myślałem, że się utopiłeś – usłyszałem.
Odwróciłem się i spojrzałem na brzeg, gdzie na zwalonym pniu siedział Wiarus.
- Mam mocne płuca – odparłem.
- Widzę. – Żołnierz uśmiechnął się lekko. – I nie tylko płuca. W ogóle jesteś dosyć silny. Jak z bieganiem?
- Nie wiem, nigdy nie biegałem dalej niż sprzed Pałacu do stajni – przyznałem szczerze.
- No tak, trzeba będzie to sprawdzić później. – Wiarus wyciągnął zza paska nóż i obciął nim gałąź jakiegoś krzewu. – Walczyłeś kiedyś?
- Wczoraj – odparłem, zastanawiając się, czego po tych dziwacznych pytaniach oczekuje ode mnie Żołnierz Chwały.
- A z człowiekiem?
- Nie.
Wiarus pokiwał głową i schował nóż, zębami okorowując gałąź. Chwilę siedział w milczeniu, zajmując się swoją rozrywką, nie zwracając kompletnie uwagi na mnie. Czułem się nieco głupio, nagi i pływający na środku jeziorka, w swój pierwszy, wolny dzień.
- Jak masz na imię?
- Strach – odparłem.
- Czemu?
- Co proszę? – zdziwiłem się nieco, nie rozumiejąc pytania Żołnierza.
- Czemu nazwali cię Strach? – wyjaśnił bardziej, wypluwając z ust fragmenty kory.
- Nie wiem – przyznałem szczerze. – Stary Garsteczka mnie tak nazwał, gdy pierwszy raz Babcia Łach przyprowadziła mnie do kuchni.
- Garsteczka? – Wiarus zaśmiał się cicho. – No tak, to wszystko tłumaczy...
Nie wiedziałem kompletnie, co niby miało to tłumaczyć. Garsteczka, ojciec Rygora, był przed swoją śmiercią zarządcą stołówki pałacowej tak, jak teraz jego syn. To on głównie nadawał imiona nietykalnym z mojego pokolenia, Dezerterowi, Gałganowi, Kurzowi, Błocku czy mnie. A robił to, o ile pamiętałem, szybko i bez zastanowienia, doskonale jednak pamiętając, kto jakie imię miał teraz odtąd nosić.
- Czemu zatrzymałeś wczoraj kota? – ciągnął swoje pytania Wiarus, zagryzając w ustach okorowaną gałąź.
- Nie wiem – przyznałem. – Zaatakowałby najjaśniejszą panienkę, więc...
- Czemu zatrzymałeś kota? – przerwał mi spokojnym tonem Żołnierz. – Czemu nie uciekłeś?
- Czemu miałem uciekać? – odparowałem pytaniem.
- Bo jesteś nietykalnym – stwierdził Chwała – któremu na imię Strach. Bałeś się?
- Tak – odpowiedziałem szczerze.
- „Tak” – powtórzył po mnie nieco zdziwiony. – Bałeś się. I nie uciekłeś. Czemu?
- No bo... bać się to jedno, nie? – zacząłem pokracznie. – Ale uciekać... to drugie.
Wiarus zagryzł gałąź tam mocno, że aż z trzaskiem pękły łączące się w całość włókna. Po chwili Żołnierz uśmiechnął się szeroko i wypluł gałąź, wstając ze swojego miejsca.
- Tak, będziesz nadawał się idealnie... – stwierdził.
- Nadawał do czego? – zapytałem zaciekawiony.
- A to zobaczysz jutro – zapewnił mnie Wiarus. – O to się nie martw, chłopcze.

Koniec Części I


CzytamKomentuje

CzytamKomentuje

Obserwatorzy

...

...